Pamiętniki pisane przeze mnie w podróży to prawdziwe skarby. To właśnie dzięki nim mogę wrócić do chwil, o których zdążyłam już zapomnieć. Wydawało mi się, że pamiętam doskonale mój pierwszy lot samolotem, ale dziś przekonałam się, że wiele emocji i myśli wyprowadziło się z mojej pamięci. Podobnie jest z każdą wyprawą. Niby często przywołuję ich szczegóły, ale jednak wiele z nich mi umyka. 13 listopada 2015 roku napisałam pierwsze kilka słów o Meksyku i nie były one pełne zachwytu.

Cancun w Meksyku

Żar z nieba i wilgoć w powietrzu

Wypadałoby mi zacząć od opisania mojego zachwytu nad tym, że właśnie postawiłam stopę na kolejnym kontynencie. Zacznę jednak od lamentu nad tym, jak bardzo spuchnięte jest moje ciało. Mogę jedynie pomarzyć o zdjęciu pierścionka z palca, choć przecież w europejskich warunkach jest na mnie za duży. Gdy zakładam spodnie, odnoszę wrażenie, że w ciągu ostatniej doby przytyłam o cały rozmiar! A to wszystko przez ten lejący się z nieba żar.

Jest gorąco, ale do gorąca zdążyłam przywyknąć w Polsce. Tutaj oprócz kwestii samej temperatury dochodzi jeszcze wilgoć w powietrzu, która sprawia, że nie ma czym oddychać. Ma to jednak także swoje plusy. Zauważyłam, że nie potrzebuję tutaj żadnego balsamu do ciała, aby je nawilżyć. Wspomniana wilgoć jest skuteczniejsza od wszystkich znanych mi kremów.  O takim powietrzu czytałam w książkach, ale nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie, jak odczuwa się je w praktyce.

Kiedy wysiadłam z samolotu w Cancun przeżyłam szok

To była trzecia w nocy, więc oczekiwałam zderzenia się z rześkim powietrzem, ale zamiast tego wzięłam do płuc porządny wdech wilgoci. Przechodząc niespełna dwadzieścia metrów, spociłam się jak świnia i na darmo byłoby szukanie ładniejszego określenia tego faktu. W moich myślach dominowało przerażenie.  Skoro taki zaduch panuje tutaj o tej porze, to czego powinnam spodziewać się w południe?

Nie zamierzałam od razu ruszać z lotniska do miasta. Było zbyt ciemno i postanowiłam nie ryzykować. Planowałam zaczekać do wschodu słońca. W tamtym momencie mijało 50 godzin, podczas których praktycznie nie spałam. Chyba że spaniem można nazwać krótkie drzemki na terminalu. Byłam więc przemęczona, a to jedynie potęgowało uczucie strachu.

Zasnęłam na terminalu

Siedziałam na krześle na lotnisku i przypominałam zapewne pieska z kiwającą główką. Doskonale wiedziałam, że sił wystarczy mi najwyżej na to, by doczołgać się do hostelu, wziąć upragniony prysznic i pójść spać.

Nagle obudziła się we mnie fala entuzjazmu. „Jestem, cholera, w Ameryce!” – pomyślałam, a może nawet powiedziałam to na głos. Na mojej potwornie zmęczonej twarzy pojawił się uśmiech. Był to uśmiech z gatunku tych, na które się mówi, że są od ucha do ucha. Poczułam ogromną ilość fascynacji światem. Zaczęłam wspominać mój pierwszy lot samolotem.

Pierwszy lot samolotem

Pierwszy lot samolotem – strach i podniecenie

Nigdy w życiu nie bałam się tak, jak na chwilę przed startem samolotu. Burczenie silnika, maszyna nabierająca prędkości na pasie startowym i moment, w którym oderwaliśmy się od ziemi sprawiły, że zaczęłam podejrzewać się o to, że właśnie mam zawał.

Szybko jednak zapomniałam o strachu. Głównie dzięki widokowi wschodzącego słońca. Nie miałam pojęcia, że coś na świecie może być tak piękne. Ostatni raz w podobny zachwyt wpadłam widząc Tatry, ale nawet one nie mogą równać się z tym, kiedy przelatuje się wprost przez łunę pełną kolorów. Róż, fiolet, żółć i tysiące odcieni błękitu. Aż dziw, że nikt jeszcze nie przedstawił Boga właśnie w ten sposób. Z twarzą przyklejoną do okna samolotu obserwowałam ten cud. W chwilę potem ogarnął mnie jeden z moich licznych ataków paniki. Całe szczęście, że właśnie wtedy obsługa samolotu  przyniosła poczęstunek w postaci bułeczek z czekoladą. Wiadomo, że czekolada jest dobra na wszystko.

Pierwszy lot samolotem

Dwunastogodzinny lot wydawał mi się szansą na sen. Niestety ilość emocji, które biły się we mnie o pierwsze miejsce, absolutnie nie sprzyjała drzemce. Najpierw podziwiałam widoki za oknem, potem pałaszowałam makaron i inne dobroci. Na koniec wszystko popijałam czerwonym winem. Miałam nadzieję, że wino podziała trochę jak lek nasenny, ale pomyliłam się i zamiast usnąć, to upiłam się na wysokości 38 000 stóp nad ziemią jednym kieliszkiem.

Na lotnisku w mieście Meksyk miałam drobny problem z bagażami. W Norymberdze poinformowano mnie, że lecą one bezpośrednio do Cancun, w Meksyku natomiast okazało się, że muszę je odebrać, wypełnić jakiś druczek i nadać  ponownie. Oczywiście kolejny raz poddane zostały one kontroli. Bardzo dokładnej. Sprawdzono kolejno każdą z moich ładowarek, telefony przeskanowano kilka razy i zajrzano nawet do najmniejszej kieszonki w plecaku. Pierwszy lot samolotem był więc dla mnie nieco stresujący.

Cancun w Meksyku

Z lotniska w Cancun do centrum miasta było jakieś 12 kilometrów. Postanowiłam je przejść na piechotę. Gdybym nie była wykończona jak koń po westernie, zapewne plan by się powiódł. W praktyce po jakiś pięciu kilometrach byłam gotowa płakać ze zmęczenia. Skorzystałam więc z taksówki, której kierowca już z daleka zwęszył we mnie klienta. 

Dostałam od niego informacje, że niedrogie hostele można znaleźć na Avenida Yaxhilan. Pokój tam można wynająć już za 5 dolarów. Nie kłamał. W pokoju, na który się zdecydowałam były dwa łóżka bez pościeli i kawałek blatu, który jak sądzę, pierwotnie miał służyć jako aneks kuchenny. Poza tym była tam jedynie wolna przestrzeń. W oknach założone były moskitiery, a w łazience zamiast prysznica rura, z której leciała na wpół ciepła woda. Jak za pięć dolców, to luksus.

Cancun w Meksyku

Pierwszy lot samolotem był dla mnie ogromnym przeżyciem. Podobnie jak początek pobytu na obcym kontynencie. Z czasem upał stał się nieco bardziej do wytrzymania, a wilgoć przestała być problemem. Czasem odnoszę wrażenie, że człowiek jest w stanie przywyknąć niemal do wszystkiego.

Polecane