Marokańska gościnność to cud jakiego udało mi się doświadczyć po wielokroć. Przykładów na to mogłabym przywoływać wiele. W moją pamięć szczególnie zapadło jednak spotkanie z pewnym mężczyzną. Był to kierowca ciężarówki, który zdecydował się zabrać mnie na stopa z Bani Mallal niemalże do samego Fez. Morad nie mówił po angielsku, a ja nie potrafiłam wybełkotać ani jednego słowa po francusku czy arabsku. Przed nami było kilkaset kilometrów ciągłej jazdy i wizja wielu godzin milczenia.

podróżowanie po Maroku

Mieliśmy spędzić w swoim towarzystwie sporo czasu. To niezwykle trudne gdy komunikowanie się z tą drugą osobą jest praktycznie niemożliwe. Siedziałam zakłopotana oczekując cudu mówienia nieznanymi językami. Doczekałam się. Spotkanie z Moradem nauczyło mnie wielu rzeczy. Między innymi tego, że mowa to nie tylko słowa. Słowa są jedynie wisienką na torcie, którym są relacje międzyludzkie, życzliwość i chęć niesienia pomocy drugiej osobie. 

Marokańska gościnność – najpierw było zakłopotanie.

Uśmiechałam się jak idiotka starając się ukryć jak bardzo mi głupio, że nie wiem nawet jak okazać wdzięczność. Bałam się, że zostanę wzięta za okropnego gbura, który nie ma pojęcia o kulturze i o tym jak powinno się zachować.

Kilkanaście kilometrów za Bani Mallal Morad zatrzymał samochód i wysiadł bez słowa. Zresztą gdyby coś powiedział to i tak nie miałabym pojęcia co to znaczy. Po kilku minutach wrócił z lodami. To było niczym zbawienie w tym marokańskim upale! Nawet nie starałam się odmówić mojemu dobroczyńcy. Wygrzebałam w pamięci słowo „dziękuję” w języku arabskim i czym prędzej wzięłam się za wcinanie słodyczy. Morad uśmiechnął się, a ja miałam nadzieję, że nie udławię się własnym zakłopotaniem. 

Marokańska gościnność

Mijały kolejne godziny. W kabinie ciężarówki panowała nieznośna cisza. Obserwowałam zmieniający się za oknem krajobraz. Chłonęłam widoki, które były tak różne od tych, wśród których się wychowałam. Wtedy dopadł mnie głód. W moim brzuchu burczało, ale w najśmielszych marzeniach nie spodziewałabym się, że niebawem marokańska gościnność, której właśnie doświadczałam zaproponuje mi…

…wspólny posiłek.

Morad zjechał na parking i wyłączył silnik samochodu. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i zaczął wskazywać to na brzuch, to na buzie jakby pytając o to czy nie jestem głodna. Zdezorientowana twierdząco pokiwałam głową mając nadzieję, że dobrze zrozumiałam gestykulację Morada. Odpięłam pasy i już zamierzałam wysiąść z ciężarówki celem zakupienia sobie czegoś do jedzenia gdy mój dobrodziej stanowczo mi tego zabronił. Wysiadł z auta i wrócił po chwili ze strawą. Dostałam wielgachną bułkę wypełnioną smażonym mięsem oraz popularny w Maroku napój hawai. Starałam się pokryć koszta obiadu, ale Morad był nieugięty. Wybełkotałam po raz kolejny „dziękuję” w jego języku, a potem zajadałam dary losu.

Maroko turystyka

Marokańska gościnność – etap troski.

Morad mieszkał nieopodal miasta El-Hajeb, które dzielił przysłowiowy „rzut beretem” od Fez, dokąd się kierowałam. Jechaliśmy razem niemalże cały dzień, więc gdy dojeżdżaliśmy do miejsca zamieszkania kierowcy zaczynało się ściemniać. Zaczęłam wypatrywać hoteli w wioskach, przez które przejeżdżaliśmy, ale nic nie rzucało mi się w oczy. Wtedy mój dobrodziej zaczął dopytywać się o miejsce, w którym chcę spędzić noc. Na szczęście słowo „hotel” w większości języków brzmi tak samo. Kiedy poinformowałam go o swoich planach ten od razu zaczął powtarzać w kółko „No hotel!”, a potem dodał: „My family!”. Zrozumiałam, że proponuje mi zatrzymanie się na noc w jego rodzinnym domu. Przestraszyłam się. W końcu to obcy mężczyzna wyrwany żywcem z zupełnie nieznanej mi kultury. Starałam się odmówić, ale na staraniu się stanęło. Morad nie przyjął moich słów sprzeciwu do wiadomości i w taki oto sposób znalazłam tego dnia dach nad głową.

Po dojechaniu na miejsce zostałam serdecznie powitana przez żonę Morada i jego dzieci. Miał ich chyba z sześcioro! Wesoła gromadka biegała wokół mnie i wykrzykiwała coś w nieznanym mi jeżyku. Czuć było w tym okrzykach serdeczność oraz ciekawość. Morad podszedł do swojej żony celem przywitania się.

marokański krajobraz

Wtedy nadszedł czas podziwu.

Ona nie musiała go całować i obściskiwać aby dać mu do zrozumienia, że cieszy się z jego obecności. Stali w sporej odległości od siebie i patrzyli na siebie wzrokiem pełnym szacunku. On trzymał wówczas najmłodszą z pociech na rękach, podczas gdy pozostałe biegały wokół jego nóg. Nie było między nimi żadnej oczywistej namiętności, jednak gdy patrzyłam na Morada i jego żonę w akcie powitania zawstydziłam się. Musiałam odwrócić głowę. Czułam, że mój wzrok jest tam zbędny. Ich spojrzenia na siebie kryły tak wiele emocji, że zdawały się być wręcz intymne. To była najpiękniejsza rodzina jaką widziałam w swoim życiu.

Wspólna kolacja – prawdziwa marokańska gościnność.

Morad po chwili oficjalnie przedstawił mnie swojej rodzinie. Zostałam zaproszona do wielkiego salonu. Kazano mi pozostawić tam swoje rzeczy i spokojnie zaczekać na kolację. Po kilku minutach zostały podane tradycyjne marokańskie przysmaki i słodka herbata. Morad i jego żona zasugerowali mi, że to ja mam rozpocząć ucztę. Nie protestowałam. 

Byliśmy siebie ciekawi nawzajem. To pomogło przełamać barierę językową. Mnie frapowało z jakiego powodu udzielają mi tyle pomocy, a ich co przywiało mnie do ich kraju. Dowiedziałam się, że jałmużna jest jednym z pięciu filarów, na których oparte jest życie Muzułmanina. Opowiadali mi o tym, że poza wiarą w jedynego Boga oraz jedynego proroka Mahometa, praktykowaniem modlitwy, którą należy powtórzyć pięć razy w ciągu dnia, odpowiednim zachowaniem podczas obchodów Ramadan i obowiązkową pielgrzymką do Mekki powinni także udzielić pomocy osobom jej potrzebującym. Za taką też mnie uznali. W końcu byłam kilka tysięcy kilometrów od domu, bez planu i bez dachu nad głową.

drogi w maroku

Nadeszła chwila, w której zaczęliśmy darzyć się wzajemnym szacunkiem.

Próbowałam wytłumaczyć im, że mną kieruje pasja podróżowania. Starałam się opowiedzieć o tym jak wiele szczęścia znajduję podczas moich wojaży i jak wielkim skarbem są takie sytuacje jak ta, której są bohaterami. Trudno było im zrozumieć, że wybrałam taką drogę sama i nie cierpię z tego powodu, ale po jakimś czasie chyba zaakceptowali ten fakt. W atmosferze tej migowej rozmowy czuć było, że szanujemy siebie wzajemnie. Ja ich za to jaką są rodziną oraz za bezinteresowną pomoc, której mi udzielili, a oni mnie za rodzaj drogi, którą zdecydowałam się podążać. 

Marokańska gościnność dała mi do myślenia i stała się niezwykłym wspomnieniem. Morad i jego rodzina w jakiś sposób stali się dla mnie wzorem, który należy naśladować. Bezinteresowność, którą się kierowali była niesamowita. Jestem wdzięczna losowi, że skrzyżował nasze drogi na tych kilkanaście godzin.

Polecane